Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
64 posty 23 komentarze

Na marginesie „Ziemi obiecanej”

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Koronny jej temat, to przemiana moralna z wyrachowanego i bezwzględnego przemysłowca, Karola Borowieckiego, we wrażliwą istotę,

 

Nie mam nic przeciwko filmowym adaptacjom lektur, o ile są zgodne z pierwowzorem. Zwłaszcza teraz, gdy poznawanie obowiązkowych utworów literackich należy do rzadkości. Mam jednak zastrzeżenia względem prawdomówności adaptatora, o czym dalej …

 

Główny temat powieści Stanisława Reymonta nie zawiera się w posępnym opisie dziewiętnastowiecznej Łodzi, Nie jest TYLKO prymitywną ilustracją narodzin żarłocznego kapitalizmu, konfrontacją nędzy z bogactwem, tryumfującej bezwzględności, intryg i złodziejskich planów kasty oszuścikowych fabrykantów.

Koronny jej temat, to optymistyczna przemiana moralna z wyrachowanego i bezwzględnego przemysłowca, Karola Borowieckiego, we wrażliwą istotę, która w ostatnich słowach dzieła wyznaje: przegrałem własne szczęście; trzeba je stwarzać dla innych!

 

Borowiecki, Polak inżynier i zrujnowany szlachcic, wychowany na patriotycznych ideałach, żyjący w natrętnym otoczeniu wspomnień o przemijającej świetności rodu, przesiąknięty tradycyjnymi pojęciami na temat honoru i uczciwości, zaczyna dostrzegać, że w świecie, w którym przyszło mu żyć, obowiązują inne zasady, niż te, którymi nasiąkł  i że nie pasują one do powstających, cynicznych czasów. Bo czasy to były bezwzględne dla uczciwych ludzi. Pospiesznie, z dnia na dzień i z niczego wyrastały wielkie fortuny. Rodziły się przemysły i fabryki, a niektóre ginęły bezpowrotnie. Lecz znikały nie te, które powinny: zdobyte w sposób szwindlarski, niezgodny z kupieckim poczuciem sprawiedliwości. Przeciwnie: zostawały tylko te, co opierały się na umiejętnym lawirowaniu pośród cwaniackich norm.

 

Wchodzę w niesympatyczną atmosferę opisywanych wydarzeń i mam wrażenie, jakby ich ilustratorem był Balzak, najlepszy majster opisu mechanizmów kiełkującego kapitalizmu; jak bohaterzy Balzaka, tak postaci Reymonta - tracą złudzenia i od naiwnego entuzjazmu przechodzą w stan ostrego rozczarowania; ogarnia ich pesymistyczny nastrój zwątpienia we własne możliwości. Cynizm i sceptycyzm są ich nową naturą: chcieli podbić świat, lecz zamiast tego gnębi ich poczucie doznanej klęski. Klęska zaś jest wyznacznikiem ich żałosnego tryumfu. Tak u Reymonta, jak u Balzaka upadek dotyka słabych, bo uczciwych, a na placu boju pozostają kanalie, dla których szlam i bagno są naturalnym środowiskiem.


*

Karol Borowiecki przegrał, ponieważ chciał wzbogacić się na robieniu nieszelmowskich interesów. Dorobić na podwyższaniu jakości i niezawyżaniu cen. Walczyć  z tandetą produkowanych towarów. Splajtował, bo inaczej byłby ogromnym zagrożeniem dla dochodów uzyskiwanych przez szubrawców.

W ostatnim rozdziale „Ziemi obiecanej” Karol Borowiecki, reprezentant nowego pokolenia fabrykantów, pozytywista, nuworyszowski reprezentant „ludzi interesu”, generacji wstępującej na biznesowe areny Łodzi, bohater dojrzewający bez widocznych kompleksów - dokonuje obrachunku swojego dotychczasowego istnienia.

Stwierdza, że urojeniowa mania wielkości, chciwość osiągnięcia finansowego sukcesu, pogarda i deptanie po cudzych uczuciach, zjawiska te doprowadziły go na skraj psychicznego urwiska. Do miejsca, w którym uzmysłowił sobie, co stracił bezpowrotnie.

A więc zaprzepaścił wewnętrzny spokój. Postradał go poprzez odrzucenie sielankowych wspomnień z Knurowa i całkowite odstrychnięcie się od praw do ulegania emocjom.

W powieści Reymonta przewija się istna kawalkada biznesowych kondotierów. Począwszy od Żydów i Niemców, a na Polaku skończywszy, autor przedstawia czytelnikom plastyczne portrety mieszkańców „miasteczka Łódź”, charakterologiczną galerię postaci owej „ziemi obiecanej”.

 

Ale proszę zauważyć: Borowiecki nazywa ją – ziemią przeklętą. Przeklętą, ponieważ wyssała z niego wszystkie soki, spustoszyła przyświecające mu wartości, których niepotrzebnie się zaparł, a tracąc je, tak jak swoją spóźnioną miłość do Hanki, zrozumiał, że zaprzepaścił sens dotychczasowego istnienia.

 

Tego w filmowej adaptacji nie ma. Jest za to bezpodstawny i nieprawdziwy portret Borowieckiego nakazującego strzelanie do strajkujących robotników. Czego się nie uświadczy w powieści, gdyż nieprzerwanie od lat panuje moda na nonszalanckie niezapoznawanie się z całością książki, zadowalanie się jej namiastką, jaką stanowi ekranizacja. Film, który umniejsza i spłyca jej sens.

*

Jeżeli moda dotyczy książki spoza lekturowego kanonu, „szkodliwość społeczna” jest minimalna. Jeżeli już ma zastąpić lekturę, niech przynajmniej będzie jej wierna. Inaczej za parę lat wyjdą z naszych szkół nowe pokolenia abiturientów wyedukowane na malunkach, natomiast nie znające powieści. Przekonane, iż Borowiecki to nieprzejednana szuja, i że jest to doskonałe odzwierciedlenie intencji Reymonta.
ps.

Wielki wpływ na celuloidowy kształt powieści miały komunistyczne czasy; to im „zawdzięczamy”, że dzieło o przemianie Borowickiego z zimnego drania w empatyka zostało zmienione w marksistowską agitkę.

Ps.2

W jednej z moich encyklopedii dla inteligentów gorszego sortu znalazłem taką oto definicję słowa ADAPTACJA:

Transpozycja utworu, np. literackiego. Oznacza przystosowanie utworu do innej struktury rodzajowej (np. przeróbka, przekształcenie dzieła epickiego lub lirycznego na dramatyczne).

Natomiast „adaptacja filmowa” nazywana jest również ekranizacją i polega na przystosowaniu dzieła literackiego do wymogów kina. Na przystosowaniu dopuszczającym reżyserską interpretację. Zezwalającym reżyserom na zaproponowanie indywidualnych wizji utworu. I o ile w adaptacjach filmowych literatury popularnej (np. „Władcy pierścienia”) nie oczekuje się od scenarzysty niewolniczego skopiowania książki, to od lekturowych ekranizacji - już tak.  Przy czym zastrzegam jeszcze raz i dlatego dobitniej: nie chodzi o wierność „co do słowa”, tylko o wierność intencjom autora.

 

 

KOMENTARZE

  • @Autor
    Czy naprawdę to była jakaś przemiana Borowieckiego, czy też może jego kolejny kaprys?
    Proszę zauważyć, że Borowiecki miał taką cechę, iż to co osiągnął od razu zaczynało go nudzić. Tak było w przypadku jego kochanek i tak było w przypadku kariery. Gdy był dyrektorem, chciał być fabrykantem, gdy tylko uruchomił fabrykę, chciał zarządzać dużą, ogromną fabryką, gdy osiągnął to jako zięć jednego z największych fabrykantów także zaczęło go to nudzić. Czy zatem wypowiedziane zdanie
    "przegrałem własne szczęście; trzeba je stwarzać dla innych!"
    można traktować jako jakąś przemianę czy też bardziej jako kolejne pragnienie które miało po raz kolejny zapełnić czymś pustkę jego życia?

    Uważam jednak, że niesprawiedliwie szanowny Autor ocenia ekranizację tej powieści. Czy naprawdę intencją Autora powieści były losy głównego bohatera, czy też raczej losy głównego bohatera były tylko kanwą służącą do opisania ludzi tworzących miasto Łódź, pierwszego miasta przemysłowego? Reżyser uznał iż intencją Autora powieści było miasto i w taki właśnie sposób dokonał adaptacji.
  • Programista
    Nie sądzę, iż był to kaprys. Choć i za tym, że zmiana mogłaby mieć przejściowy charakter, są argumenty. Ale w tym przypadku jest stała, ponieważ wolę wierzyć w ludzkie dobro, niż być malkontentem; Borowiecki miota się od optymizmu po wyrachowanie po całym tekście, przy czym w tych moralnych rozterkach jest więcej dowodów na jego wrażliwość.
  • @programista 08:07:31
    Zgadza się. "Przegrałem własne szczęście; trzeba je stwarzać dla innych!"
    Wypowiedź świadczy o ignorancji jej autora. I pragnieniu, którego jest ona podstawą.
    Szczęścia nie można przegrać. Nie można go też stwarzać - raczej odkrywać...
  • @Marek Jastrząb 13:39:24
    Ja zaś sądzę nawet więcej. Uważam, że cytowana deklaracja została włożona w usta bohatera wyłącznie w celu zachowania "poprawności politycznej".

    Dziwne mi się bowiem wydaje że Borowiecki, pragnący ciągle większej skali działania, nagle zadowala się poziomem "mocarstwowym" wyłącznie w skali miasta Łodzi. Na pewno zdawał sobie sprawę z następnych szczebli jakie mógł osiągnąć, przechodząc na skalę europejską czy światową. Nagły brak zapału o ekspansji wydaje mi się być nienaturalny.

    Sądzę, że Autor bał się pójść konsekwentnie w ślady naturalizmu Emila Zoli i dlatego zdecydował się na takie "mentorskie", ckliwe zakończenie.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

ULUBIENI AUTORZY

więcej